Have fun Maraton!

PZU Maraton 2015. Dzień przed

 

Kogokolwiek się nie zapytać, twierdzi, że startuje w tym starożytnym biegu dla zabawy, towarzysko i by się sprawdzić. Ile znamy zabaw po którech schodzą paznokcie, wchodzenie po schodach jest wyczynem na miarę wejścia na K2 a poobcierane brodawki nie pozwalają dopiąć koszuli?

Nie startowałem w "ubezpieczeniowym" maratonie towarzysko i nie po to by podziwiać warszawskie, cztereopasmowe arterie. Nie po to klepałem dziesiątki kilometrów i zrezygnowałem z towarzystwa wina i piwa. Nie wstawałem o 5.20 rano by podziwiać wschód słońca, ale by zrobić trening zanim rodzina wstanie.

Wystartowałem w Warszawie bo chciałem poprawić życiówkę i cóż, lubie się sponiewierać. Chcę wiedzieć o ile mogę przesuwać granicę swoich możliwości. Zabrzmi to w stylu Markiza de Sade, ale generalnie lubię ból palących nóg na 30km, trudno to wytłumaczyć, ale czuje się wtedy "MegaMocny". No dobrze, uczucie siły towarzyszy mi dopiero po przebiegnięciu linii mety. Nie, nie walczyłem o złamanie 3 godzin, gorzej, nawet to nie było 3.30, chciałem przebiec maraton w 3:45. Wykonałem zadanie? Nie. Jestem zadowolony. Tak. Przebiegłem w 3:48 Choć przyznam, że pisząc te słowa już jestem mniej zadowolony, niż gdy siedziałem w pociągu wracając z Wawy. Wiem, że niejednemu maratończykowi poczucie spadającego zadowolenia ze swojego ostatniego rezultatu, jest tak samo znane, jak kryzys po 30 kilometrze. Dlatego spotkam się z Wami za rok. Wróć, najdalej w marcu czy kwietniu. Zaprzeczysz ?

Maratoński poranek jest magiczny i przeżywamy przez każdego podobnie. Stres i toaleta. Jeszcze większy stres, gdy z toaletą nie idzie gładko.

Lubię ten moment, gdy wsiadam do tramwaju, który z każdym przystankiem wypełnia się biegaczami. Im bliżej Stadionu Narodowego tym fala maratończyków narasta. Niestamowite emocje towarzyszą temu zjawisko. Na zmianę euforia, stres, adrenalina przy jednoczesnym ogromnym pozytywnym nastawieniu każdego z nas. Nie znamy się lecz jesteśmy sobie niezwykle życzliwi, pomocni, wspierający. Towarzysze broni. Czasem się zastanawiam, czy żołnierzom szykującym się do ataku towarzyszą podobne uczucia, jak nam stojącym w strefie startowej.

Spiker dopinguje i motywuje. Pojawia się sam capo di tutti cappi "ubezpieczyciela" , który też nas nas wspiera. W głośnikach leci "Sen o Warszawie", jest przyjemnie, kortyzol jest już na najwyżśzym poziomie. Strzał, startujemy, a gdzie wspólne odliczanie od 10 w dół... ?

Najtrudniejsze są pierwsze i ostatnie kilometry. Trudno jest biec swoim docelowym tempem, tłum ciągnie, ciało świeże. Serce mówi to Twój dzień dawaj śmiało, na szczęscie jest też rozum. Serce zostawiam na ostatnie kilometry.

Do 25 kilometra maraton jest towaszyski, ludzie rozmawiają, śmieją się, żartują. Później zanikają wszelkie głosy. Pilnuje się by biec zaplanowanym tempem i co 25 min jeść żel. Ważę 89 km, moje potrzeby energetyczne są spore. Biegnę za balonikiem na 3:50h. Mądry artykuł sugerował by 3/4 trasy przebiec ciut wolniej niż tempo docelowe. Decyzję, że tak zrobię podjąłem dzień wcześniej. Logika tej teorii przekonała mnie, że warto zaryzykować. Dobiegam do 28 km, uda są już twarde jak czerstwe bochny chleba a ja mam przyspieszyć. Jestem zmęczony, czuje strach i boje się zaryzykować. Obawiam się zwiększyć swoje tempo.

Myślę o Rafale Majce i jego walce o trzecie miejsce na Vuelta de Espana, trzeba się urwać peletnowi. Peletonem są dla mnie biegacze biegnący za zającem z balonikami na 3.50h. Przyspieszam. 32 km i brama z napisem "maraton dopiero się zaczyna". Zjadam wielką paczkę żela, ktorego nie próbowałem na treningu. Wiem, że to głupie, ale ufam sobie. 33 km, gdzie jest TOI-TOI? Na szczęście przeszło. 34 km witam Cię kryzysie, byłeś oczekiwany. Poradzę sobie. F...k podbieg i kocie łby. Dwa kroki marszu. Pojawiają się myśli by odpuścić, że najważniejsze, że spróbowałem zwiększyć tempo. G...o mnie to obchodzi. Co powiem trenerowi. Co będę myślał o sobie. Co powie mama? Walczymy. Staram się biec o 10 sek szybciej niż przez pierwsze blisko 30 kilometrów. Różnie z tym idzie, ale generalnie idzie. Nie mogę pozwolić by peleton mnie złapał. Biegnę od kilometra do znaku kolejnego kilometra. Byle przetrwać. Szukam zajęcy, których mógłbym się uczepić i biec za nimi. Tylko jest problem, to ja wyprzedzam.

Ostatnie metry na PZU Maraton 2015

Przystanek z wodą na 37 km. Chyba ostatni, prawie staję, wiem, że nie powinienem ale mam już dość i chcę by to się już skończyło. Może zwolnić, wszyscy mi powtarzali, że najważniejsze bym się dobrze bawił. Ja p..le po co ja się tak męczę. Biegnę. Niewiele myślę, bylę w miarę trzymać tempo. Usta otwarte, głowa podniesona, czuję, że lecę na oparach. 40 km pojawia się chłopak mojej siostry, chce mnie poprowadzić i biegnie przedemną. Jak ja go nienawidzę. Wszystkich nienawidzę. Nienawidzę nienawidzić! Gdyby ktoś mi w tym momencie wręczył wygrany kupon totolotka to bym go w złości podarł i zjadł. Jestem bliski płaczu a meta jest już za ok. 10 min. Tylko i aż. Dobiegam do stadionu, przyspieszam ile tylko mogę. Wbiegam na murawę i tnę jak na komarynce, już nic nie czuję. Idę do tunelu, jestem na granicy omdlenia. Schylam głowę po medal, patrzę na pulsometr 3:48. Jestem szczęśliwy, prawie wzruszony a może to tylko pot z czoła spływa mi do oczu. Jestem dumny, że ruszyłem na 28 kilometrze, od teraz wiem, że mogę więcej. Mogę sobie ufać. Muszę się mocno skupić na moim małym sukcesie i jego świętowania bo już głowa myśli o kolejnym przesuwaniu granicy.

Meta PZU Maratonu

Podziwiam i jednocześnie zazdroszczę tym, którzy łamią magiczne trójki. Zazdroszczę im czasu, który mają na treningi, choć wiem, że jest to często kosztem wielu ogromnych wyrzeczeń. Ci ludzie to herosi, lekko skrzywieni, ale są wielcy. Wierzę, że kiedyś mi się to uda, ale dzisiaj nawet o tym nie myślę, bo wiem, że czas na trening w moim przypadku byłby kosztem czasu dla rodziny. Taką podjąłem decyzję, będę o grubość włosa poprawiał swoje życiówki, a jak dzieciaki podrosną to wtedy to się zmieni.

Jutro startujemy z żoną i dzieciakami, oni w wózkach a my napieramy, podczas lokalnego biegu na dychę. Tutaj będzie fun! Kolejne sponiewieranie zostawiam na przyszły rok. Pewnie nie dalej niż na kwiecień.

PS. Dziękuje żonie za pomoc w ogarnianiu domu, gdy ja biegałem i trenerowi Hubertowi Królowi (trenertriathlonu.pl) za plan i czas, gdy miałem potrzebę się skonsultować.

PS II. Domyślam dlaczego nie złamałem 3:45. Plan zrobiłem w 95% patrząc w kontekście ilości jednostek, ale nie kilometrażu. Skracałem niedzielne wybiegania, by zdążyć na wspólne rodzinne śniadanie.  

Meta Maciek

 

 

Oceń ten post:
Ocena: 0 na 5
Liczba oddanych głosów 0

Galeria


Zobacz również


Komentarze

O nas

Lubimy się ruszać, jeszcze bardziej lubimy to robić razem. 

Po raz pierwszy spotkaliśmy się z wózkami do biegania ponad 10 lat temu, będąc na studenckim wyjeździe w Stanach Zjednoczonych. Wtedy w Polsce bieganie nawet nie wchodziło do tzw. “main streamu”, a tam widok rodziców pchających swoje pociechy w wózkach na ogromnych kołach był czymś naturalnym.

Więcej...

Ostatnie
wpisy
Najczęściej
czytane
Chmura
tagów